| TYDZIEŃ PRZED SEZONEM.
W końcu upragniony urlop. Cały tydzień.
Pierwszy od 2 lat. Co by tu zrobić? Tyle możliwości. Foldery kuszą nurkowaniem
w Egipcie. Ale to takie sztampowe, ograne i w ogóle. Kolega przed chwilą
wrócił z Hurgandy. Lekka opalenizna i zmęczenie po podróży. Co mi tam
jadę na HEL. Mamy 21 maja i pewnie nie będzie ludzi. Zaczyna się robić
ciepło. No dobra, ale co ja będę robił sam nad morzem. Kolegów pilnują
żony, a koleżanki albo wyszły za mąż , albo się uczą i właśnie zaczyna
się sesja, albo są w pracy. A czekaj… Może, by tak Kite Surfing? To
by było niezłe – wiaterek wieje. Zawsze kochałem wodę, fale i plażę.
Szybka decyzja w piątek i w sobotę siedziałem w pociągu do Gdyni. O
5 rano na dworcu czułem się jakbym wylądował na Syberii. Pustka, groza,
nie ma nawet Internetu. Decyduję się na spacer po Wybrzeżu Kościuszkowskim.
Kucharze na ORP Błyskawica właśnie zmieniają wachtę. Mży. W porcie jachtowym
brodacz dumnie wciąga banderę. Kilka telefonów do Pauliny z Aloha i
umawiamy się w Chałupach na pierwsze szkolenie. O 11 dojeżdżam na miejsce.
Szkwał za szkwałem, deszcz, a na kempingu najtwardsi windsurferzy i
kajciarze „męczą” sprzęty. Jestem przerażony warunkami i widmo lasek
szczerzących białe zęby do słońca na mój widok kiedy „macham triki w
powietrzu” oddala się coraz bardziej. Tymczasem każą nam się przebrać
w skafandry. Zakładamy jeszcze kamizelki ratunkowe, trapez oraz kaski.
Temperatura na zewnątrz koło 10 st. C, a w wodzie koło 8. Hardckorowe
te wakacje. Na początek szkolenie z zasad bezpieczeństwa. A w Kite Surfingu
oprócz sytuacji związanych z wodą i wiatrem dochodzą te związane z kontrolą
latawca oraz deski. Można łatwo uszkodzić siebie lub/oraz innych. Dodatkowo
linki od latawca przy dużych prędkościach potrafią ciąć jak nóż. Wchodzimy
do wody. Ćwiczymy z samym latawcem technikę halsowania. Po 4 godzinach
w wodzie jesteśmy wykończeni. Kończy się weekend. Przenoszę się do Rewy
– gdzie znajduje się stała bazy szkoły Aloha. Dostaję łóżko w pokoju
na piętrze za 30 PLN na tydzień przed sezonem ( w sezonie nawet 80 PLN).
Mieszkam tuż obok plaży i bardzo miłej restauracji NAD MORZE ( ostatnia
literka „M” odpadła). Urocze miejsce. Kilkusetmetrowy cypel, dzieli
zatoczkę na dwie części i tworzy dobre warunki do nauki. Codziennie
zaciągam sprzęt na plażę. Mamy szczęście – jest okropna pogoda, czyli
dla nas świetna. Zachmurzenie, fala, wiatr i mało słońca. Zakumplowałem
się z Robertem i jego dziewczyną Heleną, którzy siedzą na plaży od początku
maja. Przez kolejne dni siedzę razem z nimi, a jak warunki są sprzyjające
razem „męczymy sprzęty”. Po 3 dniach opanowałem podstawowe umiejętności
związane z kontrolą latawca. Od czwartku zacząłem wchodzić do wody z
deską startować z wody. Kolejne dni to nauka ślizgów i zwrotów. Póki
co pływam z wiatrem po nawietrznej stronie cypla. Za każdym razem ląduję
na plaży i wracam na piechotę pod wiatr manewrując latawcem w powietrzu.
Nadchodzi piątek. Do Rewy zjeżdżają prawdziwi fachowcy. Wieczór spędzamy
na opowieściach o kajcie i tzw. „spotach” (miejscach gdzie wieje). Cała
sobota upływa jak w jakimś filmie. Jest milutko, pływamy, śmiejemy się,
plażujemy. Po tygodniu spędzonym w Rewie nie pamiętam o Bożym świecie.
Biuro nie istnieje, kontrahenci nie interesują mnie nawet wirtualnie.
Tydzień przed sezonem czuję się świetnie. Uniknąłem tłumu, zapłaciłem
niższe ceny za szkolenie i utrzymanie, poznałem interesujących ludzi.
Dodatkowo uniknąłem tłumów, blondynek i ich anabolowych chłopaków. No
i wiatr opalił mnie tak jakbym był co najmniej na Hawajach. A może byłem?
Źródło: materiał własny Ekonom.pl |