fot. Ekonom.pl



Bug
2011. Artykuł Ekonom.pl.

Zazwyczaj piszę o odległych krainach. I tym razem nie będzie inaczej. Opiszę miejsca bardzo dalekie, do których nikt nie dociera. Wymagające od śmiałków, którzy próbują je zgłębić odwagi, podjęcia ryzyka równego z wyczynami surwiwalowymi Bear Gryllisa z „Przeżyć za wszelką cenę” z Discovery. Umiejętności tropienia zwierzyny, pokonywania bagien, wód i komarów oraz stykania się z ludźmi, którzy uciekli od naszej cywilizacji, a może nie potrafią się w niej odnaleźć, a może są po prostu wyjęci spod prawa. A może tęsknią za światem dziecinnych marzeń, hasania po łąkach wśród traw do piersi i kwiatów obsiadanych przez pasikoniki. Wędrując z kluczem na sznurku zawieszonym wokół młodej piersi oddychającej pełnią piersi, w którą Bóg właśnie wlał życie. Tyle, że znajdujące się niecałą godzinę drogi od Warszawy.

Bóg wyrysował Bug gdzieś za wschodnia granicą naszej Umiłowanej. Niemalże w stepach rozświetlonych słońcem Azji. Może stąd kolor riviery. Woda wydająca się brunatno gliniasta, soczysta i tłusta a jednocześnie ukrywająca pod sobą wszelkie znaki życia, jak gdyby nigdy nic. Fotografowana z nieba wydaje blaski szkarłatu, przypominającego niebieskie laguny, z głęboką na kilkaset metrów wodą, zagubionych pośród mórz Polinezji. Ciężko wije się potem od granicznych lasów po nadbużańskie łąki by łączyć swój bieg nieopodal strzegącej jej butnych prądów Twierdzy Modlińskiej. I tylko okoliczna ludność zamieszkująca rokrocznie zalewowe tereny, i dawno już nieżyjący powstańcy AK czy żołnierze zapomniani w znikających resztkach okopów wojny obronnej 39ego, leżą pośród brzozowych zagajników, nie upierając się o pamięć.

Kiedy nic nie szło i na chleb nie zostało wiele, trafiłem w te okolice i po raz pierwszy w życiu mogłem wrócić wspomnieniami do mojej ukochanej książki z dzieciństwa. Nie były to Czarne Stopy czy opowieści o Indianach i kowbojach Karola Maya, ale „Mój Ojciec i dęby” Arkadego Fiedlera. W zasadzie, poczułem się jak bohater tej książki, a może pisarz tęskniący za ojcowską troską i radością wspólnego odkrywania dzieła Stwórcy. Przez szacunek do nieskończonego piękna, grozy wirów wodnych i okrutnej acz nie podrabianej w swej doskonałości przyrody. Gdzie w skali makro i mikro dzieją się każdego dnia i każdej sekundy, bitwy, wojny, nuklearne unicestwienia dla nas ludzi obce. Zwierzęta padające ofiarą napaści watach tuż przy właśnie kładącej się do snu solarnej gwieździe. Ataki hakatombicznych stad komarów na dzikie psy puchnące następnego dnia od bólu i dziwiące się, że takie „cuś” niemalże zżarło je żywcem. Pająk wodny pochłaniający w śmiertelnym uścisku ważkę sinozielonej barwy kilka razy przerastającej go masą, siłą i zdolnością do wirtuozerii w powietrzu. Czy łyżwiarki smarujące po równej powierzchni w bezwietrzne dni, bawiące się z narybkiem, pijawkami i kijankami. Tarliska, pełne zobojętniałych na wysiłki setek weekendowych wędkarzy przynęt, blach, wahadełek i woblerów. Leszcze wpływające tysiącami do małych zatoczek i radośnie wyskakujący na powierzchnię w śmiesznej gonitwie za rapami, czy boleniami, jak wolą encyklopedyści. Wielokilogramowe sztuki, które zimą wpływają do kilkunastometrowych ostępów przy wysokiej wodzie, niezamarzającej nawet w lutym, a potem późną wiosną spływających do Narwi i Zegrza. Miejscówki w których miejscowi kłusownicy i zwykli przestępcy na przepustkqach, wytatuowani wieziennymi dziarami łowią, sieciami lub podrywkami kilkadziesiąt sztuk dziennie. Z biedy. Z braku papierosó dobrej jakości, z braku pracy i wszechogarniającej nudy i rodzącego się stąd alkoholizmu, któremu nadzieję może dać tylko miejscowy pleban rzadko zapuszczający się poza mury jedynego w okolicy kamiennego, bo średniowiecznego i pamiętającego czasy królów kościoła. I gdyby nie ten jod w powietrzu, a jest go podobno więcej niż nad morzem, co sprawia, że każdy z nas śni w łóżku o najlepszych marzeniach i pokusach tego świata, a budzi się wypoczęty nad ranem by zebrać rosę z pęczniejących truskawek i poziomek, z których przed chwilą zeszły traszki, a obok przewinęła się żmija, wracająca do zawalonej kupy gałęzi zapewnianych przez złowieszczą i operową wręcz działalność bobrów, operujących i zwalających wszystko co się da od poziomu zero do poziomu metra, czyli stojącego na tylnych łapach bobra. W tym roku pojawiły się w dużej ilości kormorany i czaple siwe. W pochmurne dni lecą z wiatrem ponad 90 km/h i jedynie MIG-29 z bazy w Mińsku Mazowieckim wykonujący na przedwiośniu zakazaną beczkę z odejściem w zakręcie na poziomie 250 m, nad starorzeczem, może je wyprzedzić. Chopin gdy pisał mazurki wśród pól i wierzb płaczących, musiał czasem zbłądzić i zapuścić się w ostępy nadbużańskich brzegów. Niepozornych, kryjących swe tajemnice dla wtajemniczonych.

I co to jest? Gdzie ty mnie przywiozłeś? Spyta się swego kochasia blondynka w dresiku Nike.
Przecież to tylko śmierdząca rzeka gdzie nic się nie dzieje i jest zwyczajnie nudno, nudno i jeszcze raz nudno. Ozdobne roślinki niczego tu nie zmienią mój kochasiu. Wysokie sosny, paprocie i wiejskie drogi też niewiele wniosą. Czasem jakiś zaskroniec podskoczy na trawie, ale to tylko głupi zaskroniec.

I tylko uważne oczy, nagradzane są przez rzekę za swą cierpliwość i wyobraźnię oraz wiarę w doskonałe stworzenie świata. Człowiek od tysiącleci próbujący wszystko zniszczyć, w wajrakowskiej wierze w nienaruszalność naszych mniejszych braci, nie dokonał destrukcji rzeki tylko dlatego, że co roku wylewa na bezkresne rozmiary. A turyści czasem zatrzymujący się w kwietniu w drodze na Mazury pytają się co to za ciek, nie opisany w żadnej literaturze, który może rozlać się na 5 kilometrów szerokości tworząc istne imperium dzikiej i bezwzględnej siły jaką jest woda i wszelkie wynikające z niej pozytywy jak i niszczycielskie negatywy. Mała Amazonia jak mówią miejscowi podśmiewając się przy szóstym piwku po wielotygodniowej imprezie, ale przecież mają rentę – to ich stać. A tych co nie stać mają ziemniaki z niezbyt żyznej bo kiedyś leśnej ziemi. A jeśli nic nie mają to zawsze mogą sprzedać jakiemuś Warszawiakowi kawałek ziemi. Najlepiej atrakcyjną działeczkę za kilkaset tysięcy tuż przy nurcie. Jeśli w piękniejszym miejscu, przy zakręcie, działeczka może być droższa, bo i widok ciekawszy. Nikt nie powie nie zaznajomionemu nuworyszowi, bo tacy tu często trafiają, że za kilka tygodni rzeka zmieni poziom o kilka nawet metrów, a brzeg na którym stoi cofnie się w tempie kilu metrów rocznie, co spowoduje rokrocznej zmniejszenie jego działki o dobre kilkaset metrów kwadratowych. Nawet Wisła tak gwałtownie nie przybiera. Ale to tylko biznes, a biznes poza środkami na napoje opierające się o chmiel lub inne fermentujące niewiele tu kogo obchodzi. Pieniądz nie wydaje się jedynym środkiem płatniczym, a i transakcje nie zdarzając się tu często. Kto za młodu nie wyjedzie, lub się szybko nie ożeni, staje się jednym z Bugowszczaków – lub Bugoholików - ludzi, którzy raz zapamiętany zachwyt, połknęli głęboko w sobie i już bez tego nie mogą żyć. Mogą się wałęsać po Polsce, świecie. Mogą być wagabundami w Australii lub na Alasce, a i tak będą chcieli tu wrócić. Do łąk, jak mawiają. Do królestwa odpuszczonych, o których racja stanu się nie upomina. Lub byłych występników, gangsterów, życiowych prostytutek, które chcą zniknąć w swojej kniej zapomnienia, by już żaden mieniący się tytułem fałszywego przyjaciela, człowieka, nie przypominał im o losie marnym i zdradach ludzkości. Tutaj, wysiewając małe plantacje narkotycznych roślin, lubujący się w opowieściach o swej chwalebnej, pełnej uniesień przeszłości jeszcze raz odnajdą w sobie romantyzm Kordiana, bratającego się ze Stwórcą przed śmiertelnym rozliczeniem z grzechów. Część z nich będzie chciała odejść szybciej niż im to pisane lub odda się woli Buga. Chcący lub niechcący, niewinna kąpiel zmieni się w walkę o życie, tak jak dzieję się tu co dnia, a wodne wiry i prądy zadecydują o losie prowokatora. Jest i Anka, co jej nie wyszło w służbach i z litości mianowali ją szefową ośrodka dla emerytów, do którego nikt nigdy nie przyjeżdża, poza księgowym, który spisuje coroczne kradzieże i braki a stanach. Jest i Gądzior, były mistrz podstępu i eks miliarder robiący w węglu, któremu na starość nie zostało nic, nikt i żaden widok, poza aksamitem łóżka natury, wiedzący że nigdy się nie zmieni i rzygający codziennie o 17-stej wstrząsany wyrzutami sumienia z tego samego powodu, bojący się spojrzeć za siebie w obawie o podążające cienie. Jest i jednoręki Mąsiel, którego wada fizyczna, brak wykształcenia i chęć do życia w pojedynkę wyrzuciły samoistnie ku lepszym istotom. Modlącego się w swej modlitwie codzienności do ryb każdego rodzaju. Udowadniającego sobie, że jest w stanie pokonać ostępy rzeki i złowić, a nawet wyżyć z łowienia i przeławiania ławic o jakich nie śniło się błąkających się z psami po brzegach indolentów z miast przyjeżdżających tu na niedzielę. Spędzają dzień lub dwa w tygodniu, a może 6 dni w sumie w roku, w swych kopalnianych domkach działkowych, które kiedyś przyznał im za wyniki zakład pracy, lub które teraz kupili za ciężkie pieniądze z kredytu nieświadomi, że Bug bierze wszystko i nic nie oddaje. Poza Bogiem. Jemu oddaje wszystko. Szczególnie smakowite historie o jednostkach i całych rodzinach które kiedyś się w nim niewdzięcznie zakochały. I tylko rozpadające się domki, których już nie chce okraść żadna z grasujących band świadczą o rytmie dorocznych wylewów, zalewów i cofek, niczem Nil pozostawaiających żyzne osady i pokrywające nimi życie by stworzyć nowe.

I tylko czasem, dołącza do nich jakiś skręcony miastowy, a może taki jak oni, by po wielu dniach śledzenia, tropienia, obcowania ze świadectwem utraconego lub przyszłego raju złowić najpiękniejsze szczupaki na świecie, dwumetrowe sumy, pokręcone miętusy, przyglądać się azerskiej dumie łosia i ścigać się o miejsce z osiemdziesięciu kilogramowymi bobrami, tudzież patrzeć jak małe bobrzęta próbują uczyć się pływać, wpierw wyniesione z gniazda w żeremiach w pysku matki. I gdyby niebo nie było takie jasno niebieskie, nigdy nie uwierzyłbym, że to raj.


 

Wszelkie prawa zastrzeżone ekonom.pl 2010